Ferdydurke - streszczenie

Witold GombrowiczFerdydurke


Ferdydurke streszczenie

Powieść jest podzielona na czternaście rozdziałów. Akcja toczy się w I połowie XX w. Głównym bohaterem i zarazem narratorem jest trzydziestoletni pisarz o zdrobniałym imieniu Józio, który nieoczekiwanie – jako niedojrzały – zostaje umieszczony w szkole. Ten fakt owocuje zdarzeniami stanowiącymi podstawę do refleksji filozoficznych.

Rozdział I. Porwanie.

Józio budzi się we wtorkowy ranek w poczuciu niesmaku i dziwnego „lęku istnienia”. Jest trzydziestoletnim mężczyzną. Przypomina sobie siebie z okresu, kiedy był nastolatkiem. Wygląda na człowieka dorosłego, ale nie czuje się nim, nie bardzo wie kim właściwie jest. Wspomina swoją książkę – Pamiętnik z okresu dojrzewania – która przyniosła mu opinię niedojrzałego. Zauważa również, że człowiek ustawia się organizuje względem czegoś – nie jesteśmy samoistni, jesteśmy tylko funkcją innych ludzi, musimy być takimi, jakimi nas widzą. Pod wpływem własnego obrazu – sobowtóra – Józio pragnie stworzyć swoją własną formę.

Trzydziestolatek przystępuje do pisania książki, w której zamierza się w pełni wyrazić, gdy nieoczekiwanie przychodzi doń prof. Pimko, kulturalny filolog z Krakowa, który traktuje go jak ucznia, egzaminuje i stwierdza zasadnicze braki. Zachowanie gościa, starszego, stanowczego nauczyciela, wymusza na Józiu grzeczność, układność, potulność. Pimko zabiera go więc do szkoły dyrektora Piórkowskiego, by uzupełnił wiedzę w klasie szóstej, w gronie kilku nastolatków. Józio nie jest w stanie zaprotestować, nie może obronić się przed narzuconą mu rola młokosa, uczniaka.

Rozdział II. Uwięzienie i dalsze zdrabnianie.

Józio dociera do szkoły podczas długiej przerwy. Chłopcy (w ieku od dziesieciu do dwudziestu lat) znajdują się na szkolnym podwórzu, za płotem zaś stoją obserwujące ich bacznie matki i ciotki. Młodzież posługuje się dziwnym językiem mieszaniną archaizmów wziętych z XVII-wiecznej polszczyzny (np. "białogłowa", "podwika") oraz polskimi wyrazami, które posiadają łacińskie końcówki (np. "kolegus", "lekcjus polskus"). W rozmowie z jednym z pilnujących młodzieży belfrów Pimko odkrywa swój zamiar podwyższenia "poziomu" naiwności wśród chłopców poprzez danie im do zrozumienia, że nie wierzy, aby mogli w jakikolwiek sposób wykraczać przeciw dobrym obyczajom i dobremu wychowaniu. Wprowadza następnie swój zamiar w czyn i osiąga cel. Józio - znając zamysły Pimki - próbuje powstrzymać kolegów i zwrócić im uwagę, że przez swój bunt (sprzeciwem młodzieży wobec chęci "upupienia" jej przez starszych jest przede wszystkim używanie wulgarnych wyrażeń) tylko pogrążają się bardziej w naiwności, ale nikt go nie słucha. Jedynym, który przyznaje się, że jest "nieuświadomiony" i staje w obronie pojęcia niewinności jest Syfon. Jego wystąpienie jednak zostaje ostro skrytykowane przez Miętusa i jego zwolenników. Dochodzi do bójki między przywódcami obu ugrupowań i ich zwolennikami. Początkowo górą są liczniejsi zwolennicy Miętusa, jednak szalę zwycięstwa przechyla "Marsz Sokołów", śpiewany przez Syfona. Pieśń porywa większość chłopców, zaś przeciwnicy Syfom wycofują się. Miętus z garstką swych zwolenników postanawia siłą "uświadomić" Syfona.

Odbywa się lekcja języka polskiego. Nauczyciel Bladaczka próbuje odpytywać z zadanej lekcji, ale okazuje się, że przygotowany jest tylko Syfon, który deklaruje, iż odpowiadać może wyłącznie przed wizytatorem (przeprowadzającym właśnie w szkole kontrolę). Nie mogąc pokonać oporu uczniów nauczyciel zaczyna im wbijać do głowy, że powinni cenić Słowackiego i zachwycać się jego twórczością, gdyż twórca ten "wielkim poetą był". Gałkiewicz próbuje się sprzeciwiać, twierdząc, że nic nie rozumie z poezji Słowackiego. Nad klasą zawisa groźba "niemożności". Wystraszony tym nauczyciel wzywa Syfona, aby udowodnił wielkość Słowackiego. Trwająca kwadrans recytacja łamie w końcu opór Gałkiewicza, jednak pozostali uczniowie tracą całkowicie zainteresowanie lekcją. Józio pragnie uciec ze szkoły, jednak opanowuje go "niemożność" i nie rusza się ze swego miejsca. Zrozumiał, że zgromadzeni w klasie chłopcy przybrali maskę - sztuczną formę, która nie pozwala im uciec ze szkoły. Ponadto nowa forma tak bardzo była zespolona z ich osobowością, że uciekając przed szkołą musieliby uciekać przed sobą, a tego uczynić się nie da.

Rozdział III. Przyłapanie i dalsze miętoszenie.

Po skończonej lekcji chłopcy znowu wrócili do sporu o niewinność. Józio obserwując ich z boku i przysłuchując się dyspucie dostrzega, że koledzy żyją w oderwaniu od rzeczywistości, że żyją w sztucznym świecie tworzonym przez szkołę i sami stają się tak samo sztuczni w swoim zachowaniu i myśleniu. Bohater dostrzega też, że Miętus z Myzdralem przygotowują się do "gwałtu" na Syfonie - mają zamiar na siłę go "uświadomić". Józio, aby temu zapobiec, próbuje po kryjomu porozumieć się z obojętnym na wszystko Kopyrdą, ale ten nie okazuje zainteresowania. Natomiast Miętusowi udało się podsłuchać rozmowę Józia z Kopyrdą. Miętus okazuje gwałtownie swe niezadowolenie z próby przeszkodzenia mu w realizacji planów. Józio próbuje go skłonić do odstąpienia od zamiarów i proponuje wspólną ucieczkę, przedstawiając koledze wizję swobodnego życia wśród parobków. Na moment Miętus zrzuca maskę buntownika i staje się normalnym, sentymentalnym nieco chłopcem, jednak spostrzegają to Syfon i jego zwolennicy i zarzucają Miętusowi zdradę propagowanych ideałów. Po lekcji łaciny - na której ujawnił się brak wiedzy uczniów, zaś na jęki Gałkiewicza, że nie interesują go konstrukcje gramatyczne, Syfon dał popis przekładu - doszło do pojedynku między liderami zbuntowanych chłopaków i niewinnych chłopiąt oraz do ogólnej bijatyki. Józio przyjął postawę bierną, nie mógł się ruszyć z miejsca. Na koniec, w drzwiach z największym spokojem stanął profesor Pimko.

Rozdział IV. Przedmowa do „Filidora dzieckiem podszytego”.

Bohater oznajmia czytelnikowi, że ma zamiar włączyć w powieść dygresję, która choć pozornie bez związku - jednak ma być nieodłączną i logiczną częścią konstrukcji książki. Autor broni swego prawa do "zapełniania miejsca" w książce pozornie niezbyt związanym z treścią całej powieści wtrąceniem. Od tej obrony przechodzi do ataku wobec krytyków którzy na takie zabiegi patrzą krzywym okiem, jako na niegodne prawdziwego pisarza. Bohater jednak zdaje sobie sprawę z tego, że odbiorca czyta książkę w przerwach pomiędzy innymi czynnościami i nie pyta "fachowców" typu Pimki o jej konstrukcję ani się takiej konstrukcji nie doszukuje. Odbiór powieści jest zatem również fragmentaryczny i pewna swobodna - choć nie pozbawiona całkiem związków logicznych - kompozycja z pewnością nie obniży jakości odbioru przekazywanej treści. Autor zajmuje się zagadnieniem formy, która niejako zniewala pisarza, gdyż z myśli będącej początkiem całego dzieła, wynika już samoczynnie cała reszta i twórca musi się temu następstwu podporządkować. Całość jednak nie jest możliwa do schematycznego określenia, które nie jest niczym innym, jak tylko uproszczeniem. Zatem od tonu pierwszych zdań będzie zależało, czy powstające dzieło będzie miało brzmienie heroiczne, tragiczne czy też komediowe i pisarz tej właśnie logice jest podporządkowany. W dalszej części wywodów autor wyszydza głupotę i zarozumiałość "artystów", którzy pozują na geniuszy i podejmują się pełnienia zaszczytnej funkcji "kapłanów sztuki", wykraczając tymi wygórowanymi ambicjami daleko poza swoje przyrodzone zdolności. Wielu z tychże artystów stawia się w ten sposób w fałszywej sytuacji, gdyż właściwie nie wnoszą do sztuki niczego wartościowego, a jedynie nieudolnie naśladują prawdziwych geniuszy. Bohater zastanawia się też nad funkcją mitu w powstawaniu "wielkości" dzieła i artysty. Często bowiem podczas zbiorowego odbioru dzieł sztuki (np. podczas słuchania koncertu fortepianowego) pozory uniesienia i zachwytu dziełem artystycznym są tworzone przez udawanie zachwytu, które wpływa na innych i wywołuje podobne reakcje niezależnie od tego, czy wyrażane są w ten sposób prawdziwe przeżycia. Autor zarzuca też artystom, że sztuka co prawda "polega na doskonaleniu formy", ale nie opiera się jednak "na stwarzaniu dzieł doskonałych pod względem formy". Jest tak tym bardziej dlatego, że forma towarzyszy człowiekowi w każdej chwili i nie tylko jest przez niego tworzona, ale również oddziałuje na niego z zewnątrz i zmusza do przybierania pewnych postaw, które nie zawsze wyrażają dokładnie jego wnętrze. Artyści zatem - według bohatera - powinni próbować przezwyciężać formę, która jest im narzucana przez zewnętrzne okoliczności i muszą zarazem porzucić swą pozorną "dojrzałość", którą się szczycą przed odbiorcami swej twórczości, gdyż owa "dojrzałość" jest pewnego rodzaju stałością poglądów i przekonań, żaden zaś człowiek nie może być w sposób całkowity pozbawiony wszelkich wątpliwości.

Rozdział V. „Fildor dzieckiem podszyty"

To historia pojedynku pomiędzy Filidorem – profesorem Syntetologii uniwersytetu w Lejdzie a Anty-Filidorem – analitykiem na Uniwersytecie Columbia. Analityk zawsze wszystko rozkładał na części, aż w końcu zrobił to także z żoną Filidora (najpierw rozebrał ją wzrokiem, następnie wskazywał kolejne części ciała, po czy zrobił jej błyskawiczną analizę moczu). Skompromitowana kobieta znalazła się w stanie rozkładu w szpitalu, zaś syntetyk wraz z asystentami (wśród nich był narrator) próbowali szukać ratunku. Załatwienie sprawy przy pomocy spoliczkowania nie udało się. Profesor sprzedał cały swój dobytek i rozmienił gotówkę (850000 zł) na złotówki. Postanowił wykorzystać je do "składu" partnerki "anty-Filidora", Flory Gente. Stopniowo, po złotówce wydzielał dużą kwotę Florze, aż w końcu doprowadził do tego, że Flora cała zamieniła się w tę sumę. Walkę pomiędzy dwoma uczonymi miał rozstrzygnąć pojedynek na pistolety. Obaj panowie dokonywali odstrzeliwania kolejnych części ciała partnerki antagonisty i w końcu kadłuby kobiet, osunąwszy się na ziemię, skończyły życie. Kiedy po latach wspominali to wydarzenie na uwagę anty-Filidora, że profesor wypowiada się o wszystkim na poziomie dziecka, Filidor odrzekł, że na świecie wszystko jest dzieckiem podszyte.

Rozdział VI. Uwiedzenie i dalsze zapędzanie w młodość.

Józio relacjonuje następny etap swojego losu. Pimko konsekwentnie traktuje Józia jako dziecko i oznajmia mu, że zabiera go teraz na stancję do domu Młodziaków – nowoczesnego inżynierostwa hołdującego postępowym prądom. W tym miejscu Józio ma stracić resztki swej dorosłości. Profesor zaznacza, że Młodziakowie mają córkę Zutę – nowoczesną pensjonarkę, zdradzając jednocześnie lęk przed nią. Drzwi otwiera Zuta, która informuje gości, że matki nie ma w domu, ale niebawem powinna wrócić. Potem pensjonarka przestaje zwracać na nich uwagę. Pimko wraz z Józiem oczekuje przybycia pani Młodziakowej. Belfer próbuje nawiązać z dziewczyną rozmowę, a po bezskutecznych próbach zaczyna nucić jakąś arię operową, dając pannie do zrozumienia, że jest wobec niego niegrzeczna. Przez cały ten czas, ale także i później - podczas rozmowy z Młodziakową, która wkrótce się pojawiła - Pimko robi z Józia staroświeckiego chłopca, który próbuje pozować na dorosłego. Każde słowo belfra coraz bardziej pogrąża młodzieńca, który musi udawać, że nie słyszy całej rozmowy, a jest każdym słowem nauczyciela "wpychany" w sztuczność i zmuszony do udawania. Nie jest mu też w stanie pomóc świadomość intrygi, którą uknuł przeciw niemu nauczyciel. Gospodyni nie lubi sztuczności, dlatego też obiecuje, że postara się, aby oduczyć Józia przybierania póz. W pewnym momencie Zuta znienacka kopie Józia. Belfer dostrzega to i wyrzeka na "dzikość, śmiałość, tupet powojennego rozpasanego pokolenia", jednak Młodziakowa tłumaczy, że to pokolenie po prostu żyje według innych zasad właściwych nowym czasom. Pimko żegna się i wychodzi, gospodyni zaś pokazuje Józiowi jego nowe mieszkanie-malutki, ale niezbyt przytulny, "nowoczesny" pokoik przylegający do hallu, będącego zarazem pokojem Młodziakówny. Potem znika, pozostawiając lokatora samego. Była to "samotność z pensjonarką", gdyż w hallu krzątała się Zuta.

Rozdział VII. Miłość.

Po wyjściu profesora Józio rozpaczliwie próbuje Zucie wyjaśnić, że nie jest pozerem i człowiekiem nienowoczesnym. Myśli też o dyskretnej ucieczce, jednak ostatecznie zwycięża urok pensjonarki i zakochany Józio zostaje w domu Młodziaków. Józio próbuje wywrzeć na dziewczynie jak najlepsze wrażenie, jednak podejmowane przez niego działania okazują się nieskuteczne.

Nagle słychać w przedpokoju wrzask służącej – to pojawił się Miętus, który „chciał dopuścić się na niej gwałtu”. Przyniósł ze sobą „półbutelkę czystej monopolowej” i serdelki. Józio zwierza się Miętusowi, że zakochał się w Zucie. Ten – z kolei – informuje go, że Zutą interesuje się już Kopyrda, nowoczesny chłopak z jego klasy.

Rozdział VIII Kompot.

Kolejny nudny dzień w szkole, podczas którego zakochany Józio myśli tylko o Zucie. Chce zbliżyć się do Kopyrdy, aby odkryć w końcu, co łączy go z pensjonarką, jednak działania te nie przynoszą żadnego rezultatu. Zgwałcony przez uszy Syfon umarł, nie mogąc zapomnieć słów, którymi go uświadomiono. Miętus marzy o poznaniu prawdziwego parobka i zbrataniu się z nim - naturalnym i bezpośrednim. Tymczasem przychodzi do domu Młodziaków, by spotykać się w kuchni ze służącą (namiastka ludu). Zuta lekceważy zabiegi Józia, który chce zwrócić jej uwagę.

Młodziakowa zauważa, że Józio jest zakochany w jej córce. Pimko jest niezwykle zadowolony z nadanej przez to podopiecznemu infantylnej „pupy”. Młodziakowa zaczyna prowokować w rozmowie córkę do łamania konwenansów. Widziała Zutę wracającą ze szkoły z jakimś chłopcem i doradza córce spotkanie z nim, a nawet wyjazd na weekend. Ojciec posuwa się jeszcze dalej mówiąc córce, ze nie miałby nic przeciwko jej nieślubnemu dziecku (przecież taki jest styl życia znanej z nowoczesności młodzieży amerykańskiej).

Posądzany ciągle o staroświeckość i niedojrzałość, Józio zamierza zdemaskować członków tej rodziny, którzy w istocie są tradycjonalistami, a tylko na pokaz, oficjalnie deklarują nowoczesne poglądy. Wtrącone w pewnym momencie przez Józia słowo "mamusia" wypowiedziane słodkim i ciepłym tonem wytrąciło z równowagi inżyniera, który zaczął znienacka chichotać. Matka i córka poczuły się dotknięte. Młodziakowa zaczęła się od tego momentu obawiać, że Józio może wywierać poważniejszy wpływ na psychikę i sposób myślenia pensjonarki, obawa ta przywróciła młodzieńcowi zdolność oporu wobec ciągłego "upupiania" go przez Młodziaków i Pimkę, jego czyny i myśli wyostrzyły się, mógł zniszczyć wreszcie nowoczesność pensjonarki. Mógł działać.

Rozdział IX. Podglądanie i dalsze zapuszczanie się w nowoczesność.

Józio nakazuje żebrakowi, by stał przed domem z gałązką w zębach. Sam zaczyna podglądać Zutę, co początkowo wzbudza w nim tylko coraz większą fascynację. Później dopiero zaczyna ją przedrzeźniać, naśladując jej siąkanie nosem, kiedy zaś Zuta wychodzi z domu przeszukuje jej osobiste rzeczy. Chce zburzyć harmonię panującą w jej otoczeniu. Widzi w jej sportowym pantoflu goździk, co uznaje za szczególnie trafny gest, umieszcza w nim okaleczoną przez siebie, ale wciąż żywą jeszcze muchę. Czyta wiersze w zeszycie Zuty i dopisuje własne przynoszące erotyczne skojarzenia tłumaczenie. W pewnym momencie odnajduje plik listów miłosnych i zauważa, że interesowali się nią mężczyźni, których nigdy by o to nie podejrzewał, np. prokurator, podoficer, obywatel ziemski. Jest też oficjalne pismo od Pimki, który wzywa Zutę do siebie w celu uzupełnienia wiadomości (twórczość Norwida) pod groźbą usunięcia ze szkoły, oraz zachęcający do intymnego spotkania list od Kopyrdy. Józio wpada na pomysł, by wysłać do nich obu liściki (podrabia pismo Zuty) z zaproszeniem na spotkanie w nocy (Kopyrda o północy, zaś Pimko po północy).

Rozdział X. Hulajnoga i nowe przyłapanie.

Józio podgląda Młodziaków i Zutę w łazience podczas porannej toalety (liczy na to, że ujawnią oni tam swoje słabości i prawdziwą twarz), a następnie zostawia wiadomość, że ich widział. Młodziakowie wyraźnie boją destabilizującego wpływu na utarty porządek w domu nowo przybyłego lokatora. Tylko Zuta pozostaje spokojna i nie wyłamuje się ze swej roli nowoczesnej pensjonarki.

Nadchodzi wreszcie wieczór, a wraz z nim chwila prawdy. W środku nocy do okna Zuty puka Kopyrda, ta nie daje po sobie poznać zaskoczenia i wpuszcza go do środka. Józio podglądający całą sytuację przez szparę w drzwiach podziwia jej spokój i opanowanie. Zuta pierwsza chwyta Kopyrdę za włosy i całuje go – to wyraz jej obyczajowego wyzwolenia. Wtem jednak słychać drugie pukanie do okna i pojawia się Pimko. Daje wyraz swojemu zaskoczeniu listem Zuty i marzy o tym, by się z nią spoufalić. W tym momencie ukryty za drzwiami Józio zaczyna krzyczeć, że w mieszkaniu jest złodziej. Pimko i Kopyrda chowają się w szfach. Przybiegają Młodziakowie, a sprytna pensjonarka udaje, że śpi. Józio otwiera szafę z Kopyrdą – rodzice pozostają jeszcze w roli nowoczesnych i nie tylko nie mają nic przeciwko obecności Kopyrdy, a wręcz ganią Józia za wtrącanie się w nie swoje sprawy. Wtedy bohater otwiera drugą szafę i oczom Młodziaków ukazuje się Pimko. To jednak – jak się okazuje – dla nich już za wiele. Dwóch mężczyzn i do tego jeden dużo starszy od ich córki. Pimko pokrętnie tłumaczy swoją obecność, inżynier wpada w gniew i policzkuje profesora, a następnie zaczyna szarpać się z Kopyrdą. Dołącza do nich Młodziakowa, która chce pomóc mężowi, a ostatecznie także i Zuta. Z zamieszania, jakie wyniknęło z tej bijatyki korzysta Józio i wymyka się z domu Młodziaków, wyzwalając się jednocześnie od narzucanych mu tu form. W ostatniej chwili dołącza do niego Miętus, który właśnie uwiódł w końcu służącą i udają się na poszukiwanie parobka.

Rozdział XI. Przedmowa do "Filiberta dzieckiem podszytego".

Podobnie jak rozdziały o szkole i o pobycie Józia u Młodziaków zostały rozdzielone czcią dotyczącą Filidora, tak teraz, dla symetrii, przed przeniesieniem akcji na wieś, pisarz wprowadza dwa fragmenty o Filibercie (również "dzieckiem podszytym"). Narrator mówi o oczekiwaniach wobec literatury, którym autor stara się sprostać, tzn. podsuwa interpretację, hierarchię wartości, porządkuje treści, Najgorsza jest jednak. W długim zapisie "w słupku" wylicza powody cierpienia twórcy, a następnie liczne możliwości genezy dzieła - względem (wobec) kogo powstało, zaś potem - z czego wynikło.

Rozdział XII. „FiIibert dzieckiem podszyty”.

Rozdział ten na początku przybiera formę baśniową. Historia rozgrywa się na stadionie, gdzie odbywa się mecz tenisowy. Gra tam champion, potomek pewnego francuskiego wieśniaka. Miecz jest zaciekły, widownia nagradza sportowców gromkimi oklaskami. Siedzący wśród publiczności pułkownik, zazdroszcząc tychże oklasków, strzela do piłki. Trafia, ale kula leci dalej i trafia pewnego przemysłowca. To tylko początek serii przedziwnych zdarzeń: ktoś dostał ataku epilepsji, ktoś kogoś uderzył w twarz, ktoś wskoczył siedzącej przed nim kobiecie na głowę, za nim poszli inni… Mężczyźni zaczęli dosiadać kobiety jak konie.

Wtem na środek wychodzi markiz de Filiberthe i pyta, czy ktoś chce obrazić jego żonę. Początkowo zapadła cisza, jednak już po chwili „podjeżdżali” na swoich kobietach dżentelmeni, aby urazić żonę markiza. Obrażona przez nich żona Filiberta poroniła, on zaś podszyty dzieckiem [...] i uzupełniony dzieckiem odszedł zawstydzony do domu wśród grzmotu oklasków.

Rozdział XIII. Parobek, czyli nowe przechwycenie.

Józio udaje się z Miętusem na poszukiwanie parobka. Spotkani na przedmieściu dozorcy i stróże oraz chłopscy synowie kształcący się w mieście nie spełniają oczekiwań Miętalskiego. Wszyscy mają sztuczne "gęby". Wędrujący mijają kilka wsi, gdzie nikogo nie spotykają. Natknęli się w końcu na ludzi zachowujących się jak groźne psy (wzięto ich za urzędników, którzy chcą biedakom zabrać resztę dobytku). Z kłopotów wybawia ich ciotka Hurlecka z domu Lin, która pamięta Józia z dzieciństwa (wychowywał się w dworze w Bolimowie do dziesiątego roku życia). Zabiera ich do swojego samochodu i przywozi do rodzinnej posiadłości. Po drodze opowiada o domownikach i wspomina Józia jako malca, na nowo wpędzając go w dzieciństwo. Oblicza, że powinien mieć już trzydzieści lat (Miętus jest tym zaskoczony), ciągle częstuje cukierkami. Jest ciepła, dobrotliwa, troskliwa, nie sposób jej niczego odmówić. Na miejscu zostaje dokonana prezentacja. Wśród licznej rodziny Józio przypomina sobie wuja Konstantego (zwanego Kociem), kuzyna Zygmunta i poznaje młodziutką Zosię. Członkowie rodziny opowiadają o swoich chorobach, służba uniżenie usługuje. Miętus wreszcie zobaczył upragnionego parobka, lokajczyka Walka, który usługuje przy stole, ale na bosaka, w niedzielnym ubraniu, z naturalną gębą prostaka. Do pokoju chłopcy dostają butelki z ciepłą wodą do łóżka i konfitury, co jeszcze bardziej akcentuje, że są traktowani jak dzieci. Miętus woła Walka, żeby się z nim pobratać, jednak parobek nie rozumie, o co chodzi, reaguje jedynie na rozkazy. Józio psuje zabiegi Miętusa, dając lokajczykowi w twarz. Uderzenie sprowadza Zygmunta, który chwali postawę Józia - parobków należy bić, bo wtedy szanują pana. Miętus wymyka się nocą do kuchni i wraca szczęśliwy, ponieważ udało mu się skłonić Walka, by uderzył go w twarz. W ten sposób doszło do "zbra...tania się" (zapis według Gombrowicza) z ludem. Józio dochodzi do wniosku, że i tu dopada go "pupa" i "gęba", których tak bardzo chciał uniknąć. Hierarchia panująca na wsi uzmysławia mu, że każdy ma swoje miejsce i zachowuje się odpowiednio do niego oraz do zachowania innych wobec niego.

Rozdział XIV. Hulajgęba i nowe przyłapanie.

Wiadomość o brataniu się Miętusa z Walkiem i o tym, że służba za dużo mówi o Hurleckich dociera za sprawą lokaja Franciszka do Konstantego i Zygmunta. Konstanty podejrzewa skłonności homoseksualne Miętusa. Józio stara się wyjaśnić, że nie chodzi o to, ani o bolszewickie rewolucyjne plany, ale o zwykłe zbratanie się dwóch chłopców w podobnym wieku, jednak te tłumaczenia nie wystarczają. Rozochocona służba, np. Walek i Marcyśka, opowiada o rodzinie Józia różne tajemnice np. że panicz Zygmunt ma na wsi "starkę" - starszą wdowę, z którą spotyka się w krzakach, że pani dziedziczka boi się krowy, że Konstanty ze strachu przed dzikiem wskoczył na plecy leśniczego, że wstyd tak nic nie robić i żyć na cudzy koszt. Lokaj Franciszek donosi o tym panu. W tej sytuacji wszyscy (nie przyznając się do tego) poszukują Miętusa. Znajdują go w końcu na skraju zagajnika i widzą, że Walek daje mu kuksańce. Parobek uciekł do lasu, zaś Konstanty i Zygmunt postanawiają go wyrzucić z dworu. Rozmowa z Miętusem nie przynosi oczekiwanych efektów, ponieważ upiera się on przy brataniu się z parobkiem, mówi gwarą, zarzuca Józiowi, że dał się przekabacić na stronę panów. Postanowiono, że goście zjedzą kolację w swoim pokoju, a rano wyruszą pociągiem do Warszawy. Józio decyduje, że uciekną z Bolimowa w nocy. Miętus upiera się, żeby zabrać z sobą Walka. Kiedy Józio udaje się po niego do kuchni, budzi się wuj Konstanty, następnie Zygmunt i cały dwór. Walek posądzony o kradzież, zostaje poddany swoistej musztrze - podaje do stołu, spełnia wszelkie rozkazy i jest bity. Pod oknem gromadzi się tłum ludzi ze wsi, zwabionych hałasem. Kiedy Miętus przychodzi po Walka, Konstanty i Zygmunt chcą mu dać nauczkę - tzn. zbić po pupie. Chłopak chowa się za parobka, który nieoczekiwanie wymierza silny policzek Konstantemu. Lud wpada do pokoju przez wybite szyby i zaczyna się kotłowanina. Józio sprowadza ciotkę i ją również włącza do owej "kupy". Józio postanawia jak najszybciej opuścić dwór Hurleckich. Zabiera z sobą spotkaną Zosię. Dla zachowania pozorów przed rodziną wmawia jej, że to porwanie. Sytuacja ta skłania ją do zwierzeń i wyznań, a to z kolei zmusza do nich Józia, chociaż tak naprawdę chciał mieć tylko pretekst do opuszczenia Bolimowa, a potem zamierza opuścić Zosię. Ostatecznie łączy ich pocałunek - musiałem ucałować swoją gębą jej gębę, gdyż ona swoją gębą moją ucałowała gębę. Okazało się, że próba ucieczki od "pupy" i "gęby", od narzuconej formy, zawiodła. Można tylko popaść w inną formę, zaś przed człowiekiem uciec w ramiona innego. Utwór kończy zdanie: Uciekam z gębą w rękach. Po nim znajduje się dopisek: Koniec i bomba / A kto czytał, ten trąba! Oraz inicjały: W. G.

Copyright © 2008 streszczenia.lektur.pl Wszystkie prawa zastrzeżone
darmowe gry online